Nadszedł TEN dzień...dzień, w którym po raz pierwszy zostawiam Chłopaków samych na dłużej niż kilka godzin i lecę na weekend do stolicy Wielkiej Brytanii. Ciężko mi. Ciężko było wyjść z domu, zrobić "papa" Antosiowi i zamknąć za sobą drzwi mając świadomość kilkudniowej rozłąki.
Mam ogromne poczucie winy i przekonanie, że robię coś złego. Zakazanego. Czy jestem wyrodną matką???
Z drugiej strony próbuję znaleźć dobre strony tej sytuacji, i jak się okazuje, jest ich bardzo wiele. Po pierwsze uważam, że będzie to czas, który Antoś i M. będą mieli tylko dla siebie i który z pewnością bardzo Ich do siebie zbliży. Dodatkowo M. będzie miał okazję sprawdzić się w roli pełnoetatowego Taty. Jestem przekonana, że sobie świetnie ze wszystkim poradzi, ale prawdą jest, że mimo iż Antoś ma już 11 miesięcy to wcześniej takiej okazji nie miał. Co więcej będzie to weekend, który będę mogła spędzić tylko i wyłącznie myśląc o sobie. Wierzcie mi, już trochę zapomniałam jak to jest. Będę mogła się upić, plotkować całą noc z eM, pozwiedzać, przelecieć się po sklepach - bez obawy o moje poranne samopoczucie, bez patrzenia na zegarek, bez myślenia co jeszcze muszę zrobić, bez stresu czy Antek nie jest głody/zasikany/spocony/zmęczony/spragniony/...
Chciałabym, aby Antoś miał bezproblemowe, beztroskie życie. Ale nie oszukujmy się - to chyba nie jest w 100% możliwe. Prędzej czy później będzie musiał sam radzić sobie z trudnościami, emocjami, uczuciem dyskomfortu. Są to przecież nierozłączne części egzystencji każdego człowieka. W ten weekend Antoś zdobędzie nowe doświadczenie - poczuje tęsknotę. Będzie musiał sobie z tym uczuciem poradzić, ale Tata na pewno Mu w tym pomoże. Nauczy sie też, że choć jest to uczucie w pewnym sensie nieprzyjemne, to tak na prawdę krótkotrwałe i po którym przychodzi uczucie radości...Bo przecież szybko wrócę.
czwartek, 26 stycznia 2012
wtorek, 24 stycznia 2012
Czym się aktualnie bawimy
Już od jakiegoś czasu staram się podsuwać Antosiowi takie zabawki, które pozytywnie wpływają na Jego rozwój oraz zapewniają Mu odpowiednią stymulację. Nie ukrywam, że wybór jest zawsze trudny, gdyż szczerze Wam przyznam - nie specjalnie się na tym znam. Staram się trochę czytać, obserwuję Wasze blogi i pomysły..i za to bardzo dziękuję, gdyż są one skarbnicą wiedzy i z pewnością bezcenną inspiracją. Oczami wyobraźni wycinam już kontynenty z papieru ściernego, urządzam ulewę w zamkniętym słoiku czy wymyślam ciekawe zagadki o zwierzętach...Jak na razie Antoś jest zbyt mały na wszystkie tego typu zabawy, także mimo, iż głowę mam pełną pomysłów - z realizacją muszę jeszcze trochę poczekać.
U nas aktualnie zabawą nr 1 jest wyciąganie zwierzątek z plastykowego słoika - wsypuję do naczynia różne zwierzątka, po czym zamykam je. Antoś najpierw uważnie skupia się na dostaniu do środka, a gdy wieczko jest już odsłonięte - pojedynczo i po kolei wyciąga każde zwierzątko ze słoja.
Umiejętność chwytania małych pojedynczych przedmiotów okazała się niezmiernie przydatna przy "częstowaniu się" chrupkami - wcześniej, jak się domyślacie, chrupki garściami latały po całej kuchni.
Bardzo dobrze sprawdzają się też kolorowe kubeczki "ikea" - buduję z nich wieżę, którą Antoś z pełną satysfakcją strąca, turlamy kubeczki po pokoju, wkładamy jeden w drugi, a następnie Antoś kolejno wyciąga je "z siebie". Mamy też wieżę z drewnianych, okrągłych klocków. Jak na razie Antoś radzi sobie jedynie z ich zdejmowaniem, ale pracujemy nad tym, by i nakładanie klocków na "stelarz" było dla Niego przysłowiową bułką z masłem. Dodatkowo kupiłam ostatnio małą, drewnianą, pięcioelementową układankę w kształcie misia. Pokazuję Antosiowi, jak ją ułożyć, ale On tylko przygląda się uważnie po czym wybiera sobie jeden z elementów i z zadowoleniem wkłada go do buzi. Misia jak na razie układać nie chce.
U nas aktualnie zabawą nr 1 jest wyciąganie zwierzątek z plastykowego słoika - wsypuję do naczynia różne zwierzątka, po czym zamykam je. Antoś najpierw uważnie skupia się na dostaniu do środka, a gdy wieczko jest już odsłonięte - pojedynczo i po kolei wyciąga każde zwierzątko ze słoja.
Umiejętność chwytania małych pojedynczych przedmiotów okazała się niezmiernie przydatna przy "częstowaniu się" chrupkami - wcześniej, jak się domyślacie, chrupki garściami latały po całej kuchni.
Bardzo dobrze sprawdzają się też kolorowe kubeczki "ikea" - buduję z nich wieżę, którą Antoś z pełną satysfakcją strąca, turlamy kubeczki po pokoju, wkładamy jeden w drugi, a następnie Antoś kolejno wyciąga je "z siebie". Mamy też wieżę z drewnianych, okrągłych klocków. Jak na razie Antoś radzi sobie jedynie z ich zdejmowaniem, ale pracujemy nad tym, by i nakładanie klocków na "stelarz" było dla Niego przysłowiową bułką z masłem. Dodatkowo kupiłam ostatnio małą, drewnianą, pięcioelementową układankę w kształcie misia. Pokazuję Antosiowi, jak ją ułożyć, ale On tylko przygląda się uważnie po czym wybiera sobie jeden z elementów i z zadowoleniem wkłada go do buzi. Misia jak na razie układać nie chce.
niedziela, 22 stycznia 2012
Dziadkowie
Mój Tata zwykł mawiać "Dzieci się ma po to, aby mieć Wnuki. Bo Dzieci trzeba wychować, a Wnuki to się już tylko rozpieszcza". Prawda. Do dziś pamiętam, jak w dzieciństwie lubiłam jeździć do Dziadków. Zawsze można było oglądać do późna telewizję, można było się bawić babcinymi ciuchami i bibelotami, do jedzenia było tylko to, co zamówiliśmy. Babcia z Dziadkiem zawsze mieli czas, żeby opowiedzieć nam historie ze swojego dzieciństwa, żeby poczytać, zabrać nas do parku czy na plac zabaw.
Pamiętam czas, kiedy moi Rodzice doczekali się pierwszej Wnuczki - patrząc z boku na to jak Ją chołubią, zajmują się Nią czy spełniają Jej życzenia zdałam sobie sprawę, iż nigdy nie sądziłam że mogą być tak liberalni. W relacji z Wnukami zmienieją się nie do poznania.
Antoś ma cudownych dziadków. Mieszkają daleko, ale Babcia Jadzia nigdy nie przepuści okazji,żeby nas odwiedzić. Mają z Antosiem swoje sekrety, świetnie się dogadują. Babcia rozpieszcza Antosia, jak tylko może, a ja przymykam oko,bo przecież taka jest rola Babci :)
Każdego dnia życzymy naszym Rodzicom, by byli zawsze zdrowi, weseli i pełni energii. W ten weekend życzenia są szczególne - bo to w końcu Ich weekend. Rodzice M. świętują po raz pierwszy. Strasznie się z tego cieszą, a nas cieszy ich radość na widok naszego Synka.
Pamiętam czas, kiedy moi Rodzice doczekali się pierwszej Wnuczki - patrząc z boku na to jak Ją chołubią, zajmują się Nią czy spełniają Jej życzenia zdałam sobie sprawę, iż nigdy nie sądziłam że mogą być tak liberalni. W relacji z Wnukami zmienieją się nie do poznania.
Antoś ma cudownych dziadków. Mieszkają daleko, ale Babcia Jadzia nigdy nie przepuści okazji,żeby nas odwiedzić. Mają z Antosiem swoje sekrety, świetnie się dogadują. Babcia rozpieszcza Antosia, jak tylko może, a ja przymykam oko,bo przecież taka jest rola Babci :)
Każdego dnia życzymy naszym Rodzicom, by byli zawsze zdrowi, weseli i pełni energii. W ten weekend życzenia są szczególne - bo to w końcu Ich weekend. Rodzice M. świętują po raz pierwszy. Strasznie się z tego cieszą, a nas cieszy ich radość na widok naszego Synka.
czwartek, 5 stycznia 2012
"Kto czyta książki, żyje podwójnie" (Umberto Eco)
Odkąd Antoś skończył pięć miesięcy regularnie czytamy książeczki. Regularnie,oznacza tu dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Wiadomo, że te "sesje" z lekturą, jak na razie, nie są długie. Z biegiem czasu na pewno będą się wydłużać. Przyznam się Wam, że czekam na to z niecierpliwością. Marzy mi się, że będziemy sobie siedzieć w łóżku zakopani w pościeli, Antoś wybierze książeczkę, a ja będą Mu ją czytać.
Jak na razie to ja wybieram tytuły. Zazwyczaj są to wiersze Brzechwy lub Tuwima, ale też innych autorów np. Urszuli Kozłowskiej. Czytam, On słucha uważnie przez kilka minut, następnie opowiadam o tym, co widnieje na obrazkach, pokazuję palcem zwierzątka, naśladuję dźwięki, które wydają. Antoś sam przewraca strony i sprawia Mu to ogromną frajdę. Mam ambicje, aby zapytany o coś z obrazka - wskazał to samodzielnie. Wciąż nad tym pracujemy i nic. Wyraźnie trzeba jeszcze poczekać. Jak na razie cieszę się, że książeczki lubi, słucha, ogląda. Wierzę, że to zaowocuje w przyszłości, że postawiony przed wyborem: komputer czy książka - z radością wybierze to drugie. Bo jak mawia chińskie przysłowie "książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni".
Jak na razie to ja wybieram tytuły. Zazwyczaj są to wiersze Brzechwy lub Tuwima, ale też innych autorów np. Urszuli Kozłowskiej. Czytam, On słucha uważnie przez kilka minut, następnie opowiadam o tym, co widnieje na obrazkach, pokazuję palcem zwierzątka, naśladuję dźwięki, które wydają. Antoś sam przewraca strony i sprawia Mu to ogromną frajdę. Mam ambicje, aby zapytany o coś z obrazka - wskazał to samodzielnie. Wciąż nad tym pracujemy i nic. Wyraźnie trzeba jeszcze poczekać. Jak na razie cieszę się, że książeczki lubi, słucha, ogląda. Wierzę, że to zaowocuje w przyszłości, że postawiony przed wyborem: komputer czy książka - z radością wybierze to drugie. Bo jak mawia chińskie przysłowie "książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni".
sobota, 31 grudnia 2011
Jaki był ten 2011??
Jaki był mijający właśnie rok dla mnie? Na pewno nad wyraz niepowtarzalny, inny niż wszystkie poprzednie lata.
Rok 2011 zaczęłam od zwolnienia i odpoczynku w oczekiwaniu na urodziny Antosia. Było to błogosławieństwo po ciężkim, spędzonym na wykonywaniu obowiązków służbowych, pracowitym roku 2010. Miałam wówczas niesamowicie dużo czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Bez dźwięku budzika, bez pośpiechu. Mogłam do woli czytać, spać, odpoczywać. Nasze mieszkanie było zawsze czyste, tak jak lubię, lodówka pełna, a obiad zrobiony na czas powrotu M. z pracy. Istna sielanka.
25 lutego urodził się Antoś. Zaczęłam nowy rozdział mojego życia. Wychodząc ze szpitala przywitały nas pierwsze promienie wiosennego słońca. Macierzyństwo dało mi dużo radości i poczucia spełnienia, a urlop macierzyński był najmilszym czasem, jaki dotąd miałam. W czerwcu pojechałam z Antosiem na trzy tygodnie do Wrocławia. Wówczas, zupełnie przypadkiem, odświeżyłam stare znajomości. Do dziś bardzo się z tego cieszę i uważam jako jeden z sukcesów mijającego roku. Następnie lipiec i wyjazd na Hel - błogie dwa tygodnie, super wakacje do których wraca się pamięcią jeszcze wiele lat później.
Koniec roku, to powrót do pracy, co może nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem. Miałam za to możliwość powrotu tylko na kilka godzin, co pozwoliło łączyć obowiązki macierzyństwa z pracą.
Uważam, że 2011 rok był najlepszym rokiem, jaki było mi dane dotychczas przeżyć. Czy było coś, co mi się nie udało? Oczywiście. Nie wyszło mi karmienie piersią. No i nie schudłam tyle, ile chciałam. Ale zarówno z jednym jak i z drugim już się pogodziłam. Podsumowując cały rok te dwie kwestie wypadają na prawdę blado na tle wszystkich sukcesów i miłych chwil, które dostałam od życia.
Rok 2011 zaczęłam od zwolnienia i odpoczynku w oczekiwaniu na urodziny Antosia. Było to błogosławieństwo po ciężkim, spędzonym na wykonywaniu obowiązków służbowych, pracowitym roku 2010. Miałam wówczas niesamowicie dużo czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Bez dźwięku budzika, bez pośpiechu. Mogłam do woli czytać, spać, odpoczywać. Nasze mieszkanie było zawsze czyste, tak jak lubię, lodówka pełna, a obiad zrobiony na czas powrotu M. z pracy. Istna sielanka.
25 lutego urodził się Antoś. Zaczęłam nowy rozdział mojego życia. Wychodząc ze szpitala przywitały nas pierwsze promienie wiosennego słońca. Macierzyństwo dało mi dużo radości i poczucia spełnienia, a urlop macierzyński był najmilszym czasem, jaki dotąd miałam. W czerwcu pojechałam z Antosiem na trzy tygodnie do Wrocławia. Wówczas, zupełnie przypadkiem, odświeżyłam stare znajomości. Do dziś bardzo się z tego cieszę i uważam jako jeden z sukcesów mijającego roku. Następnie lipiec i wyjazd na Hel - błogie dwa tygodnie, super wakacje do których wraca się pamięcią jeszcze wiele lat później.
Koniec roku, to powrót do pracy, co może nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem. Miałam za to możliwość powrotu tylko na kilka godzin, co pozwoliło łączyć obowiązki macierzyństwa z pracą.
Uważam, że 2011 rok był najlepszym rokiem, jaki było mi dane dotychczas przeżyć. Czy było coś, co mi się nie udało? Oczywiście. Nie wyszło mi karmienie piersią. No i nie schudłam tyle, ile chciałam. Ale zarówno z jednym jak i z drugim już się pogodziłam. Podsumowując cały rok te dwie kwestie wypadają na prawdę blado na tle wszystkich sukcesów i miłych chwil, które dostałam od życia.
piątek, 30 grudnia 2011
Święta, święta i po świętach
To było pierwsze Boże Narodzenie Antosia. Myślę, że wiele jeszcze nie rozumiał. Nie spróbował też wszystkich dwunastu potraw. Spotkał za to całą swoją liczną rodzinę. Pobawił się z kuzynami i kuzynkami, nie ukrywając przy tym jak wielką frajdę Mu to sprawia. Poganiał za psem Babci - Mailem i poszarpał pluszaka z psem Wujka - Pepe. Poznał kilka nowych smaków. Z zachwytem patrzył na choinkę, a ze zdziwieniem na nas śpiewających kolędy. Mało spał, bo wrażeń było co nie miara - dlatego świąteczne szaleństwa odsypiał jeszcze kilka dni po powrocie. Dostał masę prezentów. Pewnie dlatego,że miał fory u Mikołaja - był w końcu jednym z Jego pomocników ;)
czwartek, 29 grudnia 2011
Z dzieckiem na lotnisku, z dzieckiem w samolocie
Zazwyczaj na Święta jechaliśmy do Rodziców samochodem. Droga jest długa, męcząca, a w okresie świątecznym dodatkowo mocno zakorkowana. Alternatywą jest pociąg, który zimą z ogromnymi świątecznymi bagażami też byłby wyzwaniem, oraz samolot. Właśnie z tego ostatniego rozwiązania postanowiliśmy skorzystać w tym roku. Przede wszystkim wydało nam się to najszybszym i najwygodniejszym sposobem podróżowania z małym Dzieckiem. Ponadto chcieliśmy sprawdzić jak Antoś zniesie podróż samolotem. Ja z Antkiem poleciałam trochę wcześniej. M. doleciał do nas w sobotę rano. Wracaliśmy razem.
Wszystko było dokładnie zaplanowane. W środę po południu zamówiłam taksówkę z fotelikiem dziecięcym, którą udaliśmy się razem z Antosiem na lotnisko. Nadałam bagaż i upewniłam się, że na terminalu są windy przy każdej bramce tak, że nie będę miała problemu z dostaniem się do autobusu, który podwozi psażerów do samolotu. Samolot bowiem startuje z płyty lotniska, nie spod terminala. Z Antkiem w wózku oraz bagażem podręcznym skierowałam swoje kroki do kontroli bezpieczeństwa. Panowie ochroniarze poprosili bym położyła wszystko na taśmę, wyjęłą Dziecko z wózka, wózek położyła na taśmę oraz z Dzieckiem przeszła przez bramkę. Poprosiłam o pomoc tlumacząc, że podróżuję sama z Antosiem,który jeszcze nie stoi o własnych siłach. Obsługa lotniska pomogła mi bez mrugnięcia okiem.Wszystko przebiegło bez zastrzeżeń. Poszliśmy zatem z Antkiem do naszej bramki, po drodze odwiedzając kilka sklepów (nie mogłam się oprzeć) i tam czekaliśmy na przyjęcia nas na pokład. I tu zaczęły się problemy. Okazało się, że windy niestety nie ma. Są schody. Wysokie, strome i wąskie. Poprosiłam Panią obsługującą nasz lot o pomoc, a ona tylko wywróciła oczami odpowiadając,że nie wie do kogo ma zadzwonić. Udałam,że tego nie słyszę na co Pani po chwili namysłu zaproponowała bym poczekała przy schodach, a ona zadzwoni po pomoc w zniesieniu wózka. Także czekałam. Wszyscy podróżujący siedzieli już w autobusie, a ja wciąż czekałam. Czekałam i czekałam. Po ok 15 minutach postanowiłam pójść przypomnieć się Pani. I co się okazało?? Pani już nie było. Bramka zamknięta. Musiałam zatem ze schodami zmierzyć się sama. Schodek po schodku zjeżdżałam zatem na tylnich kołach wózka. Na kucaka, bo schody były strome. Z przewieszonym przez ramię bagażem podręcznym. Niezapomniane doświadczenie. Na szczęście się udało. I na szczęście autobus na nas czekał. Pojechaliśmy zatem na płytę lotniska, pod samolot. Tam postaliśmy chwilę w autobusie i wróciliśmy pod te same schody, którymi schodziłam sama z wózkiem. Awaria samolotu. Obsługi lotniska nie było tak więc poprosiłam jednego z pasażerów o pomoc. Chętna była tylko jedna Kobieta. Może też kiedyś musiała przemierzać schody z wózkiem...Wniosłyśmy wózek i czekałyśmy na informacje dotyczące lotu. Godzinę później ponownie poproszono nas o przechodzenie do autobusu. Tym razem, nauczona doswiadczeniem, domogłam się pomocy nim jeszcze obsługa lotniska zdążyła przede mną uciec. Przy samolocie trafiłam na miłych Panów, którzy pomogli mi złożyć wózek i zapewnili wchodzenie do samolotu bez kolejki.
Podróż powrotna odbyła się bez niespodzianek. Byliśmy z M., a dwójce dorosłych podróżuje się z dzieckiem o wiele łatwiej.
Antoś, mimo zmęczenia spowodowanego opóźnieniem, oraz wszelkich innych niedogodności, zachowywał się wzorowo. W samolocie bardzo mu się podobało. Nie płakał, nie krzyczał. Siedział sobie na kolankach i darł gazetkę pokładową :). Złote dziecko.
Wszystko było dokładnie zaplanowane. W środę po południu zamówiłam taksówkę z fotelikiem dziecięcym, którą udaliśmy się razem z Antosiem na lotnisko. Nadałam bagaż i upewniłam się, że na terminalu są windy przy każdej bramce tak, że nie będę miała problemu z dostaniem się do autobusu, który podwozi psażerów do samolotu. Samolot bowiem startuje z płyty lotniska, nie spod terminala. Z Antkiem w wózku oraz bagażem podręcznym skierowałam swoje kroki do kontroli bezpieczeństwa. Panowie ochroniarze poprosili bym położyła wszystko na taśmę, wyjęłą Dziecko z wózka, wózek położyła na taśmę oraz z Dzieckiem przeszła przez bramkę. Poprosiłam o pomoc tlumacząc, że podróżuję sama z Antosiem,który jeszcze nie stoi o własnych siłach. Obsługa lotniska pomogła mi bez mrugnięcia okiem.Wszystko przebiegło bez zastrzeżeń. Poszliśmy zatem z Antkiem do naszej bramki, po drodze odwiedzając kilka sklepów (nie mogłam się oprzeć) i tam czekaliśmy na przyjęcia nas na pokład. I tu zaczęły się problemy. Okazało się, że windy niestety nie ma. Są schody. Wysokie, strome i wąskie. Poprosiłam Panią obsługującą nasz lot o pomoc, a ona tylko wywróciła oczami odpowiadając,że nie wie do kogo ma zadzwonić. Udałam,że tego nie słyszę na co Pani po chwili namysłu zaproponowała bym poczekała przy schodach, a ona zadzwoni po pomoc w zniesieniu wózka. Także czekałam. Wszyscy podróżujący siedzieli już w autobusie, a ja wciąż czekałam. Czekałam i czekałam. Po ok 15 minutach postanowiłam pójść przypomnieć się Pani. I co się okazało?? Pani już nie było. Bramka zamknięta. Musiałam zatem ze schodami zmierzyć się sama. Schodek po schodku zjeżdżałam zatem na tylnich kołach wózka. Na kucaka, bo schody były strome. Z przewieszonym przez ramię bagażem podręcznym. Niezapomniane doświadczenie. Na szczęście się udało. I na szczęście autobus na nas czekał. Pojechaliśmy zatem na płytę lotniska, pod samolot. Tam postaliśmy chwilę w autobusie i wróciliśmy pod te same schody, którymi schodziłam sama z wózkiem. Awaria samolotu. Obsługi lotniska nie było tak więc poprosiłam jednego z pasażerów o pomoc. Chętna była tylko jedna Kobieta. Może też kiedyś musiała przemierzać schody z wózkiem...Wniosłyśmy wózek i czekałyśmy na informacje dotyczące lotu. Godzinę później ponownie poproszono nas o przechodzenie do autobusu. Tym razem, nauczona doswiadczeniem, domogłam się pomocy nim jeszcze obsługa lotniska zdążyła przede mną uciec. Przy samolocie trafiłam na miłych Panów, którzy pomogli mi złożyć wózek i zapewnili wchodzenie do samolotu bez kolejki.
Podróż powrotna odbyła się bez niespodzianek. Byliśmy z M., a dwójce dorosłych podróżuje się z dzieckiem o wiele łatwiej.
Antoś, mimo zmęczenia spowodowanego opóźnieniem, oraz wszelkich innych niedogodności, zachowywał się wzorowo. W samolocie bardzo mu się podobało. Nie płakał, nie krzyczał. Siedział sobie na kolankach i darł gazetkę pokładową :). Złote dziecko.
| fot.: http://www.lot.pl/ |
środa, 28 grudnia 2011
Ciąg dalszy, niestety, nastąpił
Miałam już o chorobach nie pisać, ale niestety muszę...Otóż nie opuszczają mnie one na krok. Okazało się, że antybiotyk,który został mi przepisany we wtorek przed Świętami, był kompletnie źle dobrany. Zamiast pomóc - osłabił tylko organizm i dał pole do popisu bakteriom i wirusom. W tym wirusowi opryszczki. Istny koszmar. Tak więc Święta przeleżałam w łóżku, a gdy nie leżałam, to ledwo trzymając się na nogach walczyłam..sama ze sobą chyba. Apetyt mnie opuścił, także nie zjadłam prawie nic. Nie były mi też dane spotkania towarzyskie, długie nocne rozmowy i inne przyjemności, na które miałam nadzieję jadąc na tegoroczne Święta. Wczoraj po raz kolejny odwiedziłam gabinet lekarza internisty, gdzie dostałam receptę na kolejny antybiotyk oraz 7 dni zwolnienia lekarskiego. Tak więc choruję dalej. Już trzeci tydzień. I wiem już, że jednym z moich noworocznych postanowień będzie: codziennie zażywać tran na wzmocnienie odporności.
![]() |
| fot.: internet |
Miałam już o chorobach nie pisać, ale niestety muszę...Otóż nie opuszczają mnie one na krok. Okazało się, że antybiotyk,który został mi przepisany we wtorek przed Świętami, był kompletnie źle dobrany. Zamiast pomóc - osłabił tylko organizm i dał pole do popisu bakteriom i wirusom. W tym wirusowi opryszczki. Istny koszmar. Tak więc Święta przeleżałam w łóżku, a gdy nie leżałam, to ledwo trzymając się na nogach walczyłam..sama ze sobą chyba. Apetyt mnie opuścił, także nie zjadłam prawie nic. Nie były mi też dane spotkania towarzyskie, długie nocne rozmowy i inne przyjemności, na które miałam nadzieję jadąc na tegoroczne Święta. Wczoraj po raz kolejny odwiedziłam gabinet lekarza internisty, gdzie dostałam receptę na kolejny antybiotyk oraz 7 dni zwolnienia lekarskiego. Tak więc choruję dalej. Już trzeci tydzień. I wiem już, że jednym z moich noworocznych postanowień będzie: codziennie zażywać tran na wzmocnienie odporności.
niedziela, 18 grudnia 2011
Jak domino
Polecieliśmy jak domino...a już taka byłam dumna z tego, że Antoś wcale nie choruje. Niestety..zachorował..W zeszłą sobotę obudził się kaszląc. Nie ładny był to kaszel więc wybraliśmy się do lekarza..pierwszego lepszego, jako że w weekend i że do naszego nie było miejsc na cały nadchodzący tydzień...lekarz ten postawił diagnozę, że Dziecko jest generalnie zdrowe,przepisał dwa syropki i odesłał do domu. Antoś czuł się coraz gorzej, co prawda nie gorączkował ale miał katar, wciąż kaszlał, nie spał w nocy (więc i ja nie spałam),apetyt miał bardzo mizerny...po dwóch dniach postanowiłam działać, zapakowałam Antosia do wózka i poszłam do naszej Pani Pediatry,która mimo iż miała tzw komplet zgodziła się nas przyjąć. Diagnoza: zapalenie oskrzeli. W domu inhalacje, lekarstwa, oklepywanie plecków...i wszystko byłoby dobrze gdyby nie to,że i ja zaczęłam niedomagać - objawy: kaszel, katar, zanik głosu.. diagnoza lekarza: zdrowa - proszę kupić sobie tabletki do ssania na gardło i coś na odkrztuszanie...
I tak męczymy się już któryś dzień z kolei. Zmęczeni, znudzeni, chorzy...bez opcji wyjścia na dwór...
W czasie nadchodzących Świąt proszę, życzcie nam dużo zdrowia - gdyż niezmiernie ciężko jest być chorą Matką chorego Dziecka...
I tak męczymy się już któryś dzień z kolei. Zmęczeni, znudzeni, chorzy...bez opcji wyjścia na dwór...
W czasie nadchodzących Świąt proszę, życzcie nam dużo zdrowia - gdyż niezmiernie ciężko jest być chorą Matką chorego Dziecka...
środa, 7 grudnia 2011
Świąteczna Paczka
Co roku w Firmie, w której pracuję ma miejsce akcja "Świąteczna Paczka dla Domów Dziecka". Dzieci w kilku Domach Dziecka piszą listy do Mikołaja, a następnie my - pracownicy korporacji - czytamy listy, kupujemy prezenty, pakujemy je i podpisujemy, by w czasie Świąt spełnić choć drobne marzenia Maluchów. A marzenia są różne. Zazwyczaj w listach wypisane są największe potrzeby typu pidżamy, szlafroki, spodnie, kapcie. Czasami kosmetyki, sporadycznie zabawki czy gry. Naprawdę smutno się czyta takie listy. Bo czy dwunastoletnie Dziecko mieszkające w Domu Dziecka naprawdę marzy o szlafroku?
W tym roku jednym z najbardziej wzruszających listów był list Dziewczynki, która pragnie od Mikołaja dostać piórnik z grubymi kredkami lub lampkę nocną lub 32 cukierki michałki lub 10 złotych na wycieczkę...
Mam nadzieję, że dostanie wszystko i jeszcze więcej. W końcu Święta to magiczny czas.
W tym roku jednym z najbardziej wzruszających listów był list Dziewczynki, która pragnie od Mikołaja dostać piórnik z grubymi kredkami lub lampkę nocną lub 32 cukierki michałki lub 10 złotych na wycieczkę...
Mam nadzieję, że dostanie wszystko i jeszcze więcej. W końcu Święta to magiczny czas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





